Gdy ktoś pisze do mnie pierwszy mail z zapytaniem o psychoterapię, najczęściej przedstawia się jako „potencjalny klient” albo pyta o „terapię dla nowych pacjentów”. Oba słowa są normalne, oczywiste, używane w branży, w cennikach, w formularzach NFZ. A jednak — gdy myślę o pracy w gabinecie — żadne z nich do mnie nie pasuje.
Spis treści
Dlaczego nie „klient”
Sugeruje wymianę usługi za pieniądze. Coś, co kupujesz, dostajesz, oceniasz. Słowo z hotelu, z banku, z biura rachunkowego. Implikuje, że jeśli efekt nie spełnia oczekiwań, można reklamować. Tymczasem psychoterapia nie jest produktem, który dostarczam — jest pracą, którą wykonują dwie osoby, i której efekt zależy w równym stopniu (jeśli nie w większym) od tego, co osoba do gabinetu wnosi.
Dlaczego nie „pacjent”
Z kolei jest słowem medycznym. Implikuje chorobę, której można szukać, diagnozować, leczyć. W niektórych częściach psychoterapii (np. klinicznej, szpitalnej, przy konkretnych jednostkach chorobowych) to słowo ma swoje miejsce. Ale gdy do gabinetu trafia osoba, która chce poukładać sobie życie zawodowe, przepracować stratę, zrozumieć, dlaczego ciągle ucieka w te same wzorce — nazywanie jej „pacjentem” jest błędem kategorialnym. Ona nie jest chora. Po prostu chce czegoś zobaczyć.
Co używam zamiast
Próbuję więc używać słowa „osoba”. Brzmi neutralnie i może wydawać się chłodne. Ale w gruncie rzeczy jest najbliższe temu, co dzieje się w gabinecie: jest tam osoba, ze swoją historią, swoją wagą, swoją wartością. Nie pacjent. Nie klient. Człowiek, który postanowił przyjść.
Czasem używam też słów: „uczestnik” (gdy mówię o grupach, warsztatach, projektach), „rozmówca” (gdy chcę podkreślić wzajemność), „czytelnik” (gdy piszę takie teksty jak ten). Każde z nich nazywa coś innego niż „klient” — i nie zostawia osoby w roli kupującego.
To nie jest sprzeciw wobec rzeczywistości — psychoterapia kosztuje, trzeba ją sobie ułożyć budżetowo, faktura idzie. Ale rzeczywistość finansowa nie wyczerpuje tego, co dzieje się w relacji. Język, którym o tym mówimy, ma znaczenie. Jeśli przez kilka lat opisuję drugą osobę słowem, które redukuje ją do roli kupującego, to coś się ze mną dzieje — i coś dzieje się z nią.
Małe słowo. Ale jak każda mała rzecz w gabinecie — niesie więcej niż się wydaje.
